Historie niedomknięte

Człowiek wielu talentów

Paweł Sołtys to wszechstronnie udzielający się artysta, przez wiele lat dziennikarz radiowy, kompozytor, muzyk oraz pisarz. Niejednokrotnie nagradzany, nominowany do nagrody Nike. W swoim najnowszym cyklu opowiadań Nieradość dotyka codziennych spraw, które są bolączką każdego z nas. Przy okazji nie stroni od trudności i niejednoznaczności ich rozwiązywania, zaglądając pod powierzchnię, badając głębiej, silniej. Proza Sołtysa nie stroni od refleksji, od tych najbardziej oczywistych, po te mniej sztampowe. Lektura „Nieradości” wymaga skupienia, ale nie odosobnienia. Silniejsze wrażenia wyruszają nam na spotkanie wtedy, gdy sami zanurzeni w tkance miasta, postaramy się odczuć jego tętno.

Społeczeństwo Sołtysa jest zróżnicowane i nie da się go zamknąć w schematycznych określeniach. To krótkie i długie historie, naprzemiennie, o których wartości nie świadczy objętość. O istnieniu wszystkich dobrze wiemy, ale czasami staramy się nie zastanawiać nad tym, albo bagatelizujemy tę wiedzę. Autor wie, zna ich język, potrzeby i dążenia. I może nie ma w tym prawd objawionych, jednak głos jest silnie dostrzegalny, komentujący, ale nie umoralniający. Po prostu będący z bohaterem tu i teraz.

 

Kondycja kraju jest nieciekawa

Podróż zaczynamy w szpitalu, gdzie zastanawiamy się nad sensem naszej egzystencji przez pryzmat ludzkiej śmiertelności. Ta jest nad wyraz widoczna w systemie opieki zdrowotnej, zwłaszcza osób starszych. Dziwne jest, że do tej kategorii zalicza się również autor, 40-latek, który czuje i cierpi jak osoba dwa razy starsza. Nie dziwi czytelnika, że autor sam określa, że czuje się jak własny nekrolog. Wie i zdaje sobie sprawę, że w tej książce nie będzie żadnej rewolucji, co wcale nie oznacza, że nie może popisać się nad wyraz barokową formą, nieelektryzującą z grafomanią. Opowiadania, zdawałoby się niedokończone, urwane, mają posłużyć nam, ku refleksji. I w żadnym wypadku nie starają się podlizać czytającemu, co ważne.

Niejednorodna charakterystyka młodzieży polskiej zasługuje na szczególne uznanie. Mamy ludzi, którzy silnie kochają, borykają się ze swoimy i biologicznymi niedoskonałościami, ale w większości są bezradni, smutni. Ich oczy szklą się wtedy, gdy ciało jest napełnione wódką, szukają fizyczności, nie bliskości. Autor wielokrotnie korzysta tu z własnych doświadczeń, czasami prowadząc duży ekshibicjonizm, wręcz niekomfortowy, zbyt szczegółowy. Warszawa Sołtysa jest na tyle uniwersalna, że może być każdego z nas, przede wszystkim może i powinna być nasza. Tak dochodzimy do jednej z ważniejszych refleksji w książce, wszystko powinno być nasze, a nie twoje czy moje. Wtedy jest głupie.